GN 45/2019 Archiwum

W Polsce dawał z siebie wszystko

O tym, w jaki sposób Jan Paweł II przeżywał pierwszą wizytę w ojczyźnie, opowiada kard. Stanisław Dziwisz.

Magdalena Dobrzyniak: Kiedy Jan Paweł II zaczął głośno mówić o pielgrzymce do ojczyzny?

Kard. Stanisław Dziwisz: Myślał o tym niemal od początku. Jeszcze przed konklawe podpisał i wręczył listy do wszystkich kardynałów z zaproszeniem na jubileusz 900. rocznicy męczeństwa św. Stanisława. Opatrzność pokierowała sprawami po swojemu. Kardynał Wojtyła został papieżem i temat nabrał zupełnie nowego wymiaru. Nie dopuszczał jednak myśli, że mógłby nie odwiedzić ojczyzny.

Czy to pragnienie wydawało się w tamtym czasie realne?

Ojciec Święty miał świadomość, że dla władz komunistycznych jest to problem natury politycznej. Realnego kształtu zamiary Jana Pawła II nabrały po jego pielgrzymce do Meksyku, gdzie został entuzjastycznie przyjęty, choć Kościół był tam prześladowany. To dało podstawy, by wierzyć, że również rodzinny kraj otworzy przed papieżem granice.

Otworzył, ale mnożył problemy.

Władze komunistyczne bały się przesłania, jakie płynie z życia św. Stanisława – biskupa, który sprzeciwił się królowi, upominając się o poszanowanie wartości chrześcijańskich i moralnych w porządku państwowym, za co został zgładzony. Państwo podniosło rękę na Kościół i przemocą odpowiedziało na orędzie Ewangelii. Taka symbolika nie mogła podobać się władzom PRL. Z lęku przed możliwymi konsekwencjami rząd złożył w grudniu 1978 r. protest przeciwko pielgrzymce na ręce abp. Luigiego Poggiego. Ojciec Święty nie mógł tego zrozumieć. Bolało go, że próbuje się mu zabronić odwiedzenia rodzinnego kraju. Nie przyjmował tego do wiadomości i przy okazji konsekracji kard. Franciszka Macharskiego po raz kolejny wyraźnie powiedział, że ta pielgrzymka jest jego obowiązkiem. To był przełom. Polski rząd zrozumiał, że papież nie zrezygnuje.

Jak wyglądały rozmowy rządem?

Papież był na bieżąco informowany o przebiegu tych rozmów i ostatecznie on był instancją rozstrzygającą. To on, wobec oporu władz, zaproponował czerwcowy termin pielgrzymki. Najistotniejsze sprawy ustalone zostały w marcu, w czasie spotkania Jana Pawła II z bp. Dąbrowskim i abp. Casarolim. Ojciec Święty wyraził wtedy wolę spotkania z władzami państwowymi, ale kładł nacisk na to, by odbyło się to w takiej formie, aby społeczeństwo polskie mogło zaakceptować ten fakt. Papieżowi zależało, by w czasie przygotowań do pielgrzymki unikać zadrażnień i wystąpień, które mogły być odebrane jako próba konfrontacji.

Czy były takie momenty, kiedy wydawało się, że jednak nie dojdzie do pielgrzymki?

Strona rządowa liczyła na to, że blokując przyjazd Ojca Świętego na jubileuszowe obchody św. Stanisława, doprowadzi do impasu. Proponowano przecież, by odwiedził ojczyznę w 1982 r. Jednak było jasne, że choć władzom wizyta papieża była nie na rękę, to nie mogły mu zabronić przyjazdu do rodzinnego kraju. Pragnął tej pielgrzymki Ojciec Święty, czekali na niego Polacy. Kościół szukał kompromisu. Proponowano: jeśli nie w maju, to może w czerwcu? Komuniści zgodzili się, ale nie przestali mnożyć przeciwności. To dlatego w programie nie znalazł się Lublin, choć Ojcu Świętemu zależało na wizycie na bliskim jego sercu Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Z tego samego powodu Jan Paweł II nie przyjechał na Śląsk.

Z jakimi planami Ojciec Święty wybierał się do Polski?

Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, do jakiej Polski jedzie. Znał nadzieje, jakie Polacy wiązali z jego wyborem na papieża. Chciał być oparciem w walce o zmianę sytuacji w kraju. Chciał być głosem tych, którym ten głos odebrano. W ich imieniu domagał się wolności sumienia, wolności słowa, praw ludzi pracy, występował przeciwko ograniczeniom twórczości intelektualnej i artystycznej. Wiedział, jak wielu jego rodaków cierpi. Żył tymi problemami. Pragnął, aby zaufanie do Kościoła i papieża pogłębiło się i umocniło w Polakach nadzieje na zmiany, bo Kościół zawsze był z narodem. Zależało mu na tym, by to ludziom uświadomić.

Pielgrzymka była mocno strzeżona przez służby bezpieczeństwa. Czy wpływało to na samopoczucie Jana Pawła II i kontakt z wiernymi?

Wiedział, że służby próbują wpływać na klimat tej pielgrzymki. Do inwigilacji zaprzęgnięto potężny aparat, w oficjalnym przekazie medialnym wmawiano, że wizyta nie cieszy się zainteresowaniem, utrudniano udział w spotkaniach. Bolał nad tym, ale jednocześnie przyjmował ze spokojem. Nie pozwolił na to, by dokuczliwość aparatu państwowego zepsuła Polakom i jemu samemu radość spotkania, możliwość wspólnej modlitwy, dzielenia się wiarą.

Które z wydarzeń tej pielgrzymki było najbliższe jego sercu?

Każde było dla papieża ważnym przeżyciem. Warszawa, Gniezno, Częstochowa, Kraków – w tych miejscach padały słowa, które nadały treść całej wizycie i przesądziły o tym, jak była ona odbierana przez społeczeństwo. Niektóre z tych spotkań niepokoiły władze.

Na przykład przemówienie, które Ojciec Święty wygłosił w Gnieźnie, zwracając się do bratnich Słowian.

Wiem, że władze centralne Polski komunistycznej były tym wystąpieniem podminowane, bo bały się reakcji Moskwy. „Niech sobie papież mówi takie rzeczy w Rzymie, bo nam szkodzi w kontaktach z Moskwą” – taki głos czołowych przedstawicieli partii dotarł do Jana Pawła II. Zareagował stanowczo: „Jeśli nie mogę w mojej ojczyźnie mówić tego, co mi serce dyktuje, wracam do Rzymu”. Żadna władza nie mogła nałożyć knebla na papieża.

Ale były też momenty sentymentalne, jak choćby pierwsze rozmowy w oknie na Franciszkańskiej.

Ludzie przychodzili spontanicznie. Słychać ich było niemal całą noc. Papież chciał z nimi rozmawiać nieskrępowany oficjalnym protokołem. Przyjechał przecież do swoich. Okno za pierwszym razem było przygotowane dość prowizorycznie. Były tylko schodki, żadna barierka nie chroniła Ojca Świętego. Nie zważał na to. Wszedł na parapet, rozpoczynając tradycję spotkań, które zapadły głęboko w serca pielgrzymów i w jego serce.

Czy papież miał świadomość tego, jak jego słowa zmieniają Polskę?

One wyzwalały ludzi z lęku. Zrozumieli, że to, o co walczyli, staje się bardziej realne. Jeszcze zanim doszło do pamiętnych słów na placu Zwycięstwa w Warszawie, w Polakach coś się działo. Przeczuwaliśmy, że idzie nowe, że jesteśmy świadkami początku zmian, które dokonają się w tym narodzie nie na drodze przemocy, ale dzięki rewolucji duchowej. To było przejmujące.

A po powrocie do Watykanu…

Przede wszystkim był ogromnie zmęczony. W Polsce dawał z siebie wszystko. Był jednocześnie bardzo szczęśliwy, bo doświadczył tego, że nadzieje związane z tą wizytą spełniają się, mimo wszystkich obaw i przeciwności ze strony władz. Dzięki poświęceniu papieża, jego zaangażowaniu, a także dzięki odpowiedzi, jaką uzyskał od Polaków, była to pielgrzymka intensywna, gęsta od słów i całkiem ludzkich uczuć. Była przełomowa.•

magdalena.dobrzyniak@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama